Serwus Internauto! Zauważyłaś/eś (feminizowanie mowy) jaki jest tytuł owego posta? ;]
"Mars napada" to utwór Kazika, który od dzisiejszego poranka słucham w kółko;]
O dziwo jakoś niespecjalnie przepadam za tego typu muzą, ale ta piosenka wyjątkowo mi się podoba (spodobała dzisiaj rano, to chyba wynik specyficznego nastroju który mnie ogarnął).
No dobra, dzień który za jakieś półtorej godziny minie... 6 luty, 2013 lat (według kogoś kto popełnił pomyłkę przy obliczeniach) po narodzeniu Zbawiciela.
Na 8.00 miałam dzisiaj do szkoły, jednak na pierwszą lekcję nie poszłam (z resztą nie tylko na tą), ponieważ byłam w Ośrodku zdrowia na pobraniu krwi. Poczekalnia przed laboratorium była wypełniona specyficznym zapachem i kilkunastoma mieszkańcami naszej gminy, którzy- podobnie jak ja- przybyli tam na badanie krwi. Chwile przebywania w takich miejscach- użytku społecznego, 'publicznych' (poza szkołą i kościołem -.-) zawsze są dla mnie (jakbym była jakaś aspołeczna... ach, przecież jestem) niezwykłe i inspirujące. Ekscytuje mnie fakt, który dopuszczam do swych rozmyślań z jakże wielką rozkoszą, iż taka scena- młoda dziewczyna (płeć ani wiek nie ma znaczenia, piszę tylko o sobie) siedząca w poczekalni na swoją kolej do poboru wypełniającego jej ciało czerwonego płynu i rozmyślająca o wszystkim naraz (tak to wygląda z boku, z góry, tak to przedstawia kamera)- wielokrotnie już pojawiała się w filmach które widziałam. Julcia w filmie swego życia! Słodzenie sobie chwil oczekiwania jest istotne. Bez tego zawsze brakowałoby nam cierpliwości!
Już po tym 'nieziemskim' (;]), o wymiarze z jakichś wyższych sfer atmosfery, wydarzeniu i po powrocie z plasterkiem na zgięciu łokcia przyklejonym, należało coś wszamać i zmykać do szkoły, na drugą lekcję- religię! (Przepraszam Was wszystkie boginki, bogowie i pluszaki...) Pierwszy punkt z rzeczy należytych do wykonania wykonałam- zjadłam śniadanie. Ale ten drugi... Moje wymówki są doskonałe! 'wczoraj siedziałam w szkole osiem godzin-dziś już nie zniosę tego jazgotu, hałasu szkolnego', 'boli mnie, jakże potwornie, głowa', 'mam niezmiernie nudne lekcje'... I wiesz co Czytelniku? Nie podziałało! Ale i tak nie poszłam ;] konsekwencji nieposłuszeństwa też nie poniosłam! Same korzyści, ponieważ: dooglądałam "Jasia i Małgosię" (jakże wzruszające zakończenie, mimo, że to horror- rzekomo, dla mnie to coś pod dramat, fantasy), obejrzałam japoński dramat, horror (takiego gatunku wg filmwebu jest ten film, to nieprawda!)- to wcale nie horror,a do szpiku kości dramat psychologiczny! No. Film nosi tytuł "Kotoko"- nie polecam, niesamowicie ciężki, męczący, podążanie za tytułową bohaterką, jej chorobą jest bardzo nieprzyjemne, a tym bardziej zagłębianie w jej osobowość- niebezpieczne, dołujące, przygnębiające... Zbyt obciąża.
Co ja jeszcze podczas tego czasu wolności robiłam? Ach tak! :]
Gry na rozwój umysłu, 'flagi państwa świata' (http://www.joemonster.org/gry/50269/Flags_of_the_World_) zagraj :), słuchałam mojej składanki "Baby save up all your tears..." zjawiskowej Cher, z resztą zobacz i posłuchaj sam:
Fantastyczny utwór, kocham go! :D
Takie melodyjne piosenki stanowią jakby potężny ładunek na maksa pozytywnej energii poruszającej usta do szerokiego uśmiechu, a serca do szybszego, bardziej dynamicznego, w rytm muzyki, radosnego pompowania krwi. Całe ciało mówi Ci, że chce żyć Pełnią Istnienia, że czuję iż Piękno i Szczęście mu się należy... Niestety to krótkotrwałe chwile, sztucznie ich nie rozciągniemy nawet na okrągło słuchając ulubionych piosenek.
Te słowa "ciało mówi, daje dowód, że chce żyć" utkwiły mi silnie w pamięci i w, być może w odrobinę odmiennej formie, zostały wypowiedziane przez Kotoko w czasie , co za absurd..., koszmarnego aktu autodestrukcji. Nie będę więcej wracała do tego filmu, zbyt wiele jego obejrzenie mnie kosztowało.
Co się działo dalej? Zaczęłam trochę porządkować mix moich wszystkich filmów, animacje, horrory, dramaty, komedie- wszystkie z lenistwa wrzuciłam do jednego folderu, więc postanowiłam je pooddzielać, pogrupować. Trochę się udało, ale ponieważ mama wróciła z pracy (nie wiedziała oczywiście, że nie poszłam do szkoły), szybko wyłączyłam kompa i ukryłam się w swej sypialence, gdzie jakiś czas drzemałam. Obudziło mnie burczenie brzucha, więc zeszłam na dół, zrobiłam sobie wegetariańską pizzę i zjadłam (dzięki pluszakom rodzice znów gdzieś zniknęli, a siostrę i tak nie obchodziło co robiłam) oglądając dokument 'Dni, które wstrząsnęły światem" (w tym odcinku zamordowanie rodziny carskiej Romanowów i upadek muru berlińskiego- czyli z komunizmem związane). Then...
Powrót na górę, dziennik Virginii Woolf i jej słowa, opisy jej dni...
Dowiedziałam się, że 2 stycznia, 1915r. to dzień, który Virginia "wskazałaby gdyby dało się wybrać absolutnie przeciętną próbkę naszego życia...", 3 stycznia była na koncercie w Queen's Hall, a 6 stycznia nie wybrała się z mężem Leonardem na przyjęcie na Gordon Square, ponieważ wcale nie mieli na to ochoty. :)
Dziennik Virginii czytałam jakieś pół godziny... Po zaznaczeniu zakładką strony na której skończyłam, odłożeniu Dziennika na biurko, włączeniu tym razem Amy MacDonald i zamknięciu oczu oddałam swój umysł i wyobraźnię po działanie moich marzeń... Rozmowy z carycą Katarzyną (jak wykorzystałaś, kochana, ziemie Polsce odebrane?), dryfowanie swobodne na powierzchni błyszczących światłem Słońca odbitym powierzchnią Księżyca w pełni wód morskich, potem latanie wśród gwiazd... kosmiczna, niezmierzona przestrzeń, umiłowanie skrzydeł jako symbolu wolności, umiłowanie Wszechświata jako symbolu Harmonii... Doskonałość! Ach, jakaż ze mnie niepoprawna marzycielka (taki przymiotnik dziwnie brzmi, usłyszałam z kwestii jednej z serialowych postaci...;p)...
Ale jak już niejednokrotnie pisałam- to wartościowe chwile, warte opisywania- Virginia nigdy sie myli, przepraszam za wątpliwości i podważanie słuszności Twych słów, którego kiedykolwiek się dopuściłam...
Wiesz czytelniku czego teraz słucham? "Country Road" z arcydzieła jakim jest produkcja "Szept Serca" studia Ghibli... Znów wspomnienia cudownych chwil, ale! muszę ich przepływ szybko zahamować :[ jest już dwadzieścia minut po 23-ciej, albo może za czterdzieści minut północ! Ach nie! Ogromna szkoda!
Na szybciora, co jeszcze dziś robiłam?
Po wyniki badań (wszystko w normie, mogę pozostać przy diecie swej;]), do kawaii pani doktor (ejże, skąd te myśli...?), pogaduszki, zakupienie maści na pryszcze, pestek dyni, bobofruita, suszonych śliwek i gazety 'Świat wiedzy', o której już kiedyś pisałam, że zaciekawiła mnie tematem głównego artykułu. "Czy rzeczywistość jest oszustwem?"- przeczytałam połowę (ponieważ musiałam w końcu zająć się geografią...) i kilka zdań wyjątkowo mi się spodobało:
"W każdej sekundzie przez tę niezwykle złożoną strukturę (jaką jest mózg) przetacza się 11mln wrażeń. To prawdziwa lawina myśli, obrazów, dźwięków i zapachów. (...) tylko 40 z
nich dociera do naszej świadomości" ;[
"Mózg prezentuje nam świat tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Z ogromnego spektrum dostępnych sygnałów postrzegamy zaledwie niewielką ich część"
Neuropsycholog Wolf Singer
Ach te nasze ograniczenia... ;]
"Just like Jesse James"... Cher! Kocham Cię!
No, muszę zmykać, na pożegnanie rysunek jak zawsze :] , dobranoc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz