wtorek, 4 czerwca 2013

Aromat dnia

Cześć, czołem- dawno się nie odzywałam!
4 czerwiec, a ja naiwnie celowo wciąż nie przekręcam karty kalendarza! Czas...
Nie pisałam bo- no, naprawdę nie chcę pisać, że nie miałam czasu- miałam inne zajęcia ;] A tak naprawdę to przytłaczają mnie moje pięknie formułowane myśli, nie ogarniam ich, nie nadążam za zapisywaniem tych różności które mi się przytrafiają lub o których marzę by się przytrafiły. Nie potrafię siebie samej dogonić, wypływają mi między palcami grzeszne uśmieszki i alegoryczny wysoki i piskliwy ton głosu. Miesza się, miksuje, burzy, nie buduje ;p Rozmydlają się wspomnienia, desperacko próbuję je zatrzymać, ukochać, znaleźć im spokojne i pewne miejsce pobytu w jednym z pudeł mego umysłu. To 'co nie zostało opisane tak naprawdę się nie wydarzyło', moje słone łzy mogą kapać, szeleszcząc ze zgryzoty jak nieszanowany wiatr, ale nic to nie zmieni. I liście, które dotykając mnie błagając o pamięć, aby co dzień grzebać je w błękitnej przestrzeni naznaczając ich maleńkie miejsce niewidzialnym epitafium, i widzialnym- treścią mych rozważań melancholijnych.

"A ja proszę o co? O to, by umknąć dniom i nocom, znaleźć się wysoko- gdzie nie ma pożegnań- gdzie spotyka oko..." 
~Isa, "Między aktami" Virginia Woolf

 Moja dziecinna i banalna rysunkowa interpretacja słów jednej z bohaterek Virginii... Ejże! Wcale nie! Każdy ma prawo do własnych niepowtarzalnych analiz i rozumowań, do licha- oto my rodzaj ludzki, istoty bystre o wolnej woli! Cóż... przynajmniej jakaś część nas.


O czym mam teraz pisać? Opisywać krótko ostatnie dni, czy tylko ten dzisiejszy... Może znajdę wspólności dla tych dni. Bieganie z ciemnością nieba nad sobą, skrobanie w 'dzienniku biegającym', który to przepiszę tu w weekend, przejażdżki rowerowe- krótsze, dłuższe, bardziej fascynujące, mniej. Czytanie 'Lat' Virginii- obecnie jest na roku 1911, dziś chciałam skoczyć dwa lata wprzód, lecz niemożliwe to- dziś bowiem nastrój mój, ogólne samopoczucie z jednego względu było całkiem podupadłe na jakości, kiepskie, zadymione, puste, wyssanej masy energii. No i- palenie. Nie jestem z tego dumna. Opisuję to gdyż jest to niezaprzeczalnie część mojej monotonii, mojego obecnego życia. Nawet całkiem istotna część (och, to zupełnie nie napawa optymizmem...), ponieważ to właśnie z dymem tytoniowym w mym umyśle unoszą się najsilniej pociągające pod względem artyzmu myśli, wnioski. To jest jakby nieodłączna część. Nie będę posuwała się jednak do twierdzenia, że proces palenia jest dla mnie inspirujący, że dym jest moim natchnienie. A nie będę, bo nie chcę nikogo przypadkiem zachęcać. Pewnie gdybym pisała gdzieś, gdzie- miałabym pewność- nikt nie zajrzy, treść niejednokrotnie (i w tym przypadku również) różniłaby się diametralnie!
Oto działania wspólne mych płynących dni.
DZIEŃ! Zbiór zlepionych klejem naszej produkcji działań, sekund, miraży i rozważań! Szanuj dzień istoto żywa, bowiem jednym dniem możesz uzasadnić siebie przed sobą, możesz nim ukazać treść całego życia swego innym. Wyciąganie możliwości z każdej mijającej chwili to dar piękna, naprawdę.

 Każdy dzień ma swój aromat.
 ~Melchior Wańkowicz, pisarz polski XIX/XX

Nic nie jest cenniejsze, niż wartość dnia.
 ~Goethe, XVIII/XIX, niemiecki wybitny uczony ('Cierpienia młodego Wertera' m.in. ;])
Okej, bo już kilka minut po 22-giej.
Czas na opis dnia dzisiejszego!
Wtorek pierwszego tygodnia czerwca, 2013r.
Do szkoły na godzinę 7.10. Wewnętrzne łkanie z owego powodu i zezwolenie niemocy na opanowanie mego ciała. Co prawda nie spóźniłam się, nie zaspałam tak jak większość moich koleżanek, trwałam w pozorach i desperacji na tym przeklętym angielskim. Omawialiśmy z panią sprawę szkolnej wycieczki. Oczywiście- z teatru warszawskiego Buffo nici. Do licha z takim nastoletnim społeczeństwem, które ani krzty nie przyjmuje i rozważnie analizuje sztuki, kultury, tego co stanowi o wyższych swoistościach ludzkości... Nie ma chętnych, trudno. Pozostaje kino, kręgle, paintball... No dobra, kino, film- przecież wiem o tym najlepiej- to jest również forma artyzmu, to jest sztuka. O jej poziomie świadczy wszystko w danej produkcji. Niestety taki film, jaka widownia. Komercja, tandeta, masówka. Nikt nie chce pójść na obraz, na jaki chcę pójść ja. Piekielnie to niesprawiedliwe, podła demokracja!
Whatever. Druga lekcja- matma. Wolne miałam :] Nie żebym była jakoś oszukańsko uprzywilejowana, ale po prostu umiem więcej, to co reszta dziś robiła ja miałam już opracowane. Simply. W-f. Nudziło mi się siedzenie na ławce i nauka fizy, więc poszłam z czterema koleżankami pobiegać. Trzy z nich miały zaliczać biegi na różne dystanse. Przebiegłam z nimi może 700m, ale ponieważ mój szkolny strój- rurki w kwiaty i koszula zapinana pod szyję- dosyć krępowały moje ruchy, odpuściłam sobie. Cześć bogom za tę swobodną możliwość ;] Szemrałyśmy coś wracając o ślimakach, dzieciństwie i jakże oczywistym faktem- że przecież jesteśmy tym samym co wszystko wokół- proch i pył, materia. Za życia tylko to o czym już pisałam- możemy szczegółowo (przynajmniej tak sądzimy) analizować. Fizyka- prezentacja, jądrowe reakcje, fale elektromagnetyczne, częstotliwość i.. brak kartkówki :D Oto najfantastyczniejsza wiadomość dnia szkolnego! Jeszcze mnie to tablicy diablica wzięła, ale lux, poradziłam sobie. Niemiecki- początek opadania, początek szarzenia, tracenia ciała, stawania się hologramem. Zjadłam kilka różnosmakowych cukierków, pośmiałam już- już słabo, nieenergicznie- z 'Marszu demonek', który narysowałam koleżance w ćwiczeniu, a który odkryła nasza Frau Deutsch...
es hat Spaß! Whatever. Język polski, lecz zanim on- długa przerwa. Długa przerwa na której zabrawszy z szatni czarny parasol koleżanki, pobiegłam na pocztę. Po to aby zapytać się o długość doręczania przesyłki ekspresowej do stolicy i o koszt. Niestety, zbyt drogo. Trochę mi tam zeszło, straciłam kilkanaście minut, a miałam iść jeszcze do kolportera wymienić kaskadę... Ostatecznie nie spóźniłam się, ale weszłam do klasy razem z panią. Wymieniłam kaskadę na zdrapkę- i nic :[ Tracę kasę na te bzdury, ale - ponieważ to forma hazardu- chyba się uzależniłam... By zdążyć na lekcje musiałam biec z tą przeklętą parasolką, ciężką do złożenia! Ale jestem- i znów oglądamy mój film w ramach omawiania hybrydy gatunkowej... 'Księżniczka Mononoke'... :]

 
 Cudowny film.
Ostatnia lekcja- WOS. To już zupełny upadek. Stałam się śpiąca, ociężała, wyssano ze mnie energię. Załatwiłam sprawę ze sprawdzianem, pośmiałam się chwilę, przytuliłam do swych ramion, zamknęłam oczy i zdrzemnęłam się.
Koniec lekcji- dom! Upragniony dom. Jeszcze w szkole, głośno snułam plany jak spędzę pierwsze godziny w domu- zjem pysznego łososia z chińskim sosem, a potem... 'Lata', ach jakże wielka słodycz oblewała moje serce na samą myśl. Niestety- jak wiadomo- nie wszystko idzie zawsze po naszych planach, nawet nie często, z pewnością można rzec- bardzo rzadko (nieoczekiwane okoliczności). No więc- przechodzę przez furtkę, maszeruję wzdłuż nierównego chodnika i dostrzegam szykującą się do jakiejś podróży rodzinkę. 'Dzień dobry', 'jedziesz z nami do Ostrowca?' No chyba kpiny, tak trudno odgadnąć z mojej miny i postawy, że jedyne na co mam ochotę to sen ? '-nie, nie, jestem zmęczona, przykro mi', 'no dobra, w porządku, na dole w suterenie masz łososia, zrób sobie'. Doskonale. Otworzyłam dom, zrzuciłam niewygodne  siebie ciuszki, zwaliłam plecak na podłogę, włączyłam piekarnik, przyniosłam łososia, umyłam ręce, zebrałam wszystkie manele i na górę. Na górze przebrałam się, zostawiłam plecak i sprzątnęłam wczorajsze szklanki. Łososia zjadłam, całkiem nieciepłego- bo brak mi było cierpliwości- popijając wodę- bo brak mi było cierpliwości dla gotującej się wody na herbatę, oglądając Annę Marię Wesołowską- ale nudy. Gdy tylko zjadłam wyłączyłam, poszłam na górę, nawet po sobie nie sprzątając (słowa z księgi prostoty 'każdy mężczyzna i każda kobieta mający minimum przyzwoitości powinni sprzątać PO SOBIE'). No cóż... Otworzyłam na oścież okno, gwałtownie wpuszczając świeże, deszczowe powietrze do wnętrza mej sypialni. Wyciągnęłam skrytego papierosa, znalazłam zapałki, puściłam muzykę i zapaliłam. Muzykę Wilków. Ostatnio moim najczęściej słuchanym utworem jest 'Przegrana generacja'. "Niech wyścig marzeń trwa, przegrani ty i ja, przegrana generacja"- no, nasze upadłe pokolenie. Nawet wasz Bóg jest zagubiony. On znika, nie rozumie tego co dzieje się tu na ziemi, czuje konsternacje ilekroć spojrzy na naszą planetę z góry, ilekroć przyjrzy się naszym poczynaniom. Patrzy na swoje dłonie, łka, oddaje się słabości, widzi już tylko hologram, nie jest duchem, jest zmyśleniem, jest fikcją, jest smutkiem nazwanym eufemistycznie 'Absolutem' przez naszych żałosnych przodków. To moje rozumowanie, istotą jest samodzielne dochodzenie do własnych, radosnych z bycia niepowtarzalnymi wniosków i formułowanych tez. 

 Jeszcze bardziej dobił mnie ten jeden papieros. Posłuchałam chwilę muzyki, zapisałam parę słów w dzienniku i poszłam na rower. Ubrałam się pięknie- założyłam nową kurtkę, wyprowadziłam rower i... zaczęło padać. Drobniutkie kropelki- sądziłam, że przelotnie popada kilka minut i przestanie. Zostawiłam nawet wiadomość dla rodziców, w razie sytuacji awaryjnej, żeby dzwonili bo poszłam pojeździć. Przejechałam 200m- pod kościół, i z powrotem, nie sposób było jechać w takiej ulewie- bo naprawdę się rozpadało! Wróciłam więc, odstawiłam maszynę, do domu. Do pokoju z jogurtem truskawkowym i postanowieniem- przeczytam cały rok 1911!!! Nici. Zasnęłam po trzech kartkach. Spałam tak prawie 3,5h. Po przebudzeniu zorientowałam się, że rodzinka wróciła. Dzieciaki wróciły do domu zniechęcone moją realną nieobecnością, ale został wujek Joe. Ogarnęłam się trochę i zeszłąm na dół. 'Hello!' o shit, znów wkręci mnie w gadanie po angielsku... 'Hello!' odpowiedziałam niepewnie. No i masz. Wciągnął mnie wujek w dialog anglojęzyczny. Rany! Jak ja nie lubię czuć się nieswobodnie w wyrażaniu głośnym myśli! Oczywiście w języku polskim to żaden problem, moje słownictwo jest wystarczająco bogate! Ale angielski... Mimo wszystko po kilku zdaniach trochę się rozluźniłam, ale wciąż starałam się dobierać słowa, analizować poprawność gramatyczną (no ba!) zanim coś powiedziałam. Miło mi było bo wujek stwierdził, że ze wszystkich nas- polskich dzieci- czyli mojego rodzeństwa i kuzyna- ja mówię najlepiej :] To było całkiem inne, taka nowej formy relacja z drugim człowiekiem, coś wartego zapamiętania, naprawdę. Jutro też będziemy sprechać in English. Tylko przezornie zaopatrzę się w słownik! No i tak pogadaliśmy, potem z żalem, ale również ulgą powiedziałam, że muszę iść na górę robić lekcje, i pożegnałam się. Okej, wzięłam sobie sałatkę ze śledziem, zrobiłam herbatę i wróciłam do pokoju. Ściągnęłam krótkometrażowy film japoński, zjadłam swoją sałatkę oglądając go. Wystawiłam ocenę- 6/10. To jest w pewnym sensie oderwanie od rutyny bo od pewnego czasu wystawiam tylko 7. Byłam nawet niezwykle wściekła gdy kolejny tytuł zawiódł mnie swój po prostu 'dobrym poziomem'. Wczoraj też wystawiłam 7, ale bardzo mocną, więc wybaczalną ;] Film- 'Czerwone sorgo', chiński dramat.
(Taniec na polu sorgo, z winem czerwonym w dłoni, wokół szczotki ryżowe i barwy słońc. Czerwień ukochana przez chiński Lud Czarnych Głów!).
Czerwone sorgo (1987) 
A ten dzisiejszy film to "Kimi no Yubisaki".
Kimi no Yubisaki (2007)










Dobra kończę, już niemal 23.30. Nie byłam biegać :[ ale przecież kilkaset metrów już dziś zaliczyłam ;] Niestety muszę co dzień wybierać- albo zamieszczę coś na blogu, albo pobiegnę. Czas znaleźć 'ZŁOTY ŚRODEK' :]
Dobranoc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz